poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział IV

Jesteśmy tutaj. Świat się jeszcze nie zawalił, a mimo to czuję jakby tak było. Władzę w nogach mam ograniczoną do minimum. Verdas jest tak blisko mnie, że niemal stykamy się nosami. Żadne z nas się nie odzywa, tak jakbyśmy pozapominali, że mamy języki.
- Aha. – Wydukał po chwili, ale wciąż trzymał mnie w ramionach, tak jakby bał się, że mu ucieknę i już nigdy nie ujrzy mojej twarzy, która tak czy siak jest teraz cała czerwona.
- Rumienisz się. – Dodał swoim głębokim głosem.
- Bo mogę. – Mruknęłam prawie niedosłyszalnie.
- Nie zabraniam.
- To dobrze, a teraz czas się rozstać  i wrócić do domu. – Zasłoniłam ręką usta. Znów zbiera mi się na wymioty.
- Violetta, co się… - Nawet nie udało mu się dokończyć. Po raz kolejny odwiedziłam przydrożne krzaki, a León odgarniał moje włosy.
- Dziękuję. – Wyszeptałam wdzięcznie po wszystkim.
- Mhm. – Podniósł mnie z ziemi i wziął na ręce.
- Mam nogi.
- Ledwo na nich stoisz.
- No to co?
- Nigdzie nie pójdziesz, zrozumiano? – Znów ten władczy ton. Mogłabym go słuchać godzinami!
- Ucieknę.
- Powodzenia. – Śmieje się ze mnie, a ja znowu się rumienię. Co ten idiota w sobie takiego ma? – Poza tym nic Ci nie zrobię. – Przewrócił oczami, a po chwili mimo tego, że się nie zgadzałam znaleźliśmy się w samochodzie, jednak to nie on był kierowcą.
- Dokąd jedziemy? – Spytałam.
- Zobaczysz. – Odpowiedział. – Na pewno Ci się spodoba. – Po tych słowach zasypiam, nie pamiętam już niczego. Budzę się dopiero nazajutrz w wielkim, wyłożonym satynową pościelą łóżku. Chwila! Ktoś mnie rozebrał… A co jeśli Verdas nie dotrzymał słowa i do czegoś doszło?  O matko… Nie powinno mnie to za cholerę być.  Zestresowana i pełna obaw podkuliłam pod siebie i wpatrywałam się tępo w pościel o czekoladowej barwie, aż w końcu raczył się zjawić.
- Wypij to. – Podał mi szklankę wody z rozpuszczającą się w niej aspiryną.  Nie miałam ochoty na sprzeczki. Wypiłam całą zawartość szkła jednym duszkiem.
- Kto mnie rozebrał? – Spytałam patrząc na niego. Nie miał na sobie koszulki, rozprasza mnie…
- Ja. I nic się nie bój. W torbie koło łóżka masz nowe ubrania. Myślę, że Ci się spodobają. – Odpowiada spokojnym tonem głosu i siada na skraju łóżka. Źle się czuję będąc przed nim półnaga.
- A Ty gdzie spałeś?
- Tu. – Moje obawy znów do mnie wróciły.
- Czy my coś?
- Spałaś, nie poczułabyś nic. Masz mnie za takiego dupka? – Przeciera dłonią twarz. W sumie to tak! Mam Cię za cholernego dupka Verdas!
- Gdzie jest łazienka?
- Prosto, a potem w prawo. – Nie zwlekając z bólem serca chwyciłam papierową torbę z nowymi ubraniami i jak się okazuje są w niej też kosmetyki codziennego użytku. Prezesik pewnie wydał na to fortunę… Ciemne jeansowe rurki i śnieżnobiała koszula bez rękawów i czarne converse idealnie do siebie pasowały. Przebrana i umalowana z włosami związanymi w niedbałego koka wyszłam z łazienki. Zamiast iść z powrotem do sypialni poszłam do kuchni. Niestety nawet tam nie byłam sama. On już tam był.
- Ubrania jak widzę pasują. – Wymamrotał, a zaraz po tym napił się świeżo parzonej kawy, której zapach roznosił się po każdym nawet najmniejszym zakamarku mieszkania, a raczej ogromnego apartamentu… Nie wiem po co mu tyle miejsca. Może ma żonę? Dzieci? O nie…
- Tak, ile płacę? – Spytałam szukając po kieszeniach pieniędzy.
- Nie szukaj portfela.
- Musiały dużo kosztować.
- Mam dużo pieniędzy, Violetto.
- Ale chcę Ci jakoś się odpłacić. – Odpowiadam nie tracąc zimnej krwi. Z tym człowiekiem to jak z dzieckiem. Ja jedno, on dalej swoje. Upraciuch!
- Płacisz mi swoją obecnością. Widzieć Cię w lepszym stanie niż wczoraj to dla mnie wystarczająca zapłata.
- Tak czy siak powinnam oddać Ci pieniądze. – Idiotko nie wjeżdżaj facetowi na ambicję! – Krzyczy do mnie moja podświadomość, która jak widać też odzyskała siły po wczorajszym wieczorze. Pod wpływem jej i jego gniewnego spojrzenia w końcu się zamykam i żadne słowo nie wydobywa się już z moich ust.
- Zjedz coś. Na co masz ochotę? – Spuścił ze mnie swój palący wzrok, dzięki Bogu….
- Nie jestem głodna. – Odpowiadam gramoląc się niezdarnie na stołek kuchenny. Verdas znów przeciera dłonią oczy. Czyżbym po raz kolejny z nim zadarła?
- Musisz jeść.
- Nie muszę. – Wzruszam obojętnie ramionami.
- Jesteś za chuda.
- Sobie się podobam. – Zaciskam mocno zęby by przypadkiem mu nie odpyskować.
- Czemu musisz być taka uparta?
- A Ty? – Pytam niby samej siebie, ale stanowczo za głośno.
- Jedz. – Podsunął mi pod nos mleko i płatki.
- Typowy facet, kolejny co nie umie nic ugotować. – Nie przemyślane słowa wyszły poza moje usta. O dziwo, nie złości się. Robi coś przeciwnego, śmieje się.
- A przed chwilą tak bardzo nie chciałaś jeść.
- Kobieta zmienną jest.  – Uśmiecham się dumnie.
- Jesteś dla mnie zagadką, Castillo. Zagadką, którą chcę rozgryźć niezależnie od jej ceny i smaku porażki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz