Głowa boli mnie niemiłosiernie. Pan waleczny o dziwo w końcu się mną zajął. Dostałam do rąk szklankę mineralnej, lekko gazowanej wody mineralnej i do tego tabletkę przeciwbólową.
- Dziękuję.- Mruknęłam cicho pod nosem od razu wbijając wzrok w ciemne panele podłogowe.
- Nie dziękuj. Byłem Ci to winien, w końcu to ja mam taką siłę by aż tak uszkodzić Twoją piękną buźkę. - Uśmiechnął się. Tak zabójczo pięknie się uśmiecha, o kurczę.
- Żałosne. - Mruknęłam jakby sama do siebie, a dopiero potem dotarło do mnie, że mógł to doskonale usłyszeć, a ja jestem idiotką. Brawo za orient, skarbie. - Moje drugie ja nigdy nie śpi. Ono po prostu czeka na odpowiedni moment do ataku.
- Słucham? - Spytał, a źrenice momentalnie mu się poszerzyły. No pięknie, pewnie teraz znowu mi się oberwie.
- Ni...- Nie dokończyłam, ponieważ do jego biura bez pytania wszedł obcy mi mężczyzna.
- Ohoh, widzę, że Verdasik rusza na podryw. - Rzucił kąśliwie w jego stronę, po czym standardowo jak to panowie przywitali się solidnym uderzeniem w bark.
- Czego chcesz? - Spytał pan "waleczny".
- Daj mi kilka tych druczków i hm... Numer do Twojej koleżanki. - Nachylił się do jego ucha. - Niezła jest. Niech da znać, kiedy Ty się jej znudzisz, wtedy pojawię się ja i chętnie ją przygarnę, a wtedy mała zrozumie jak wiele traciła zadając się z kimś Twojego pokroju. - Wyszeptał, puszczając oczko w moją stronę. Miałam dziwne poczucie jakby rozmawiali o mnie. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego. Pewnie na codzień nie mają w firmie takich sierotek, które ogrywają od Verdasa albo innych pracowników drzwiami.
- Zapomnij Pasquarelli. - Niebieskooki chwycił do ręki kilka druczków i siłą wcisnął je temu drugiemu. Pas... Pasqua... Co? Aa! Pasquarelli! Chwila, przecież to u niego jest Angeles! Ciekawe po co mu jakieś druczki... Niestety nie starcza mi odwagi by spytać. Zresztą nie moja sprawa. Wkrótce Pasquarelli wyszedł.
- Na czym my to? - Sam zaczął rozmowę! No nie wierzę!
- Nieważne. Lepiej będzie jak już sobie pójdę, przepraszam. Do widzenia. - Tak jakby się paliło ruszyłam do wyjścia. Angeles przysłała mi sms-a, że dzisiaj jej nie będzie na noc. Ma ważne spotkanie i jak chcę się rozerwać to mam zostawione 'drobne' na wstęp do jakiegoś klubu. W sumie nie byłby to głupi pomysł. Możeby tak jakieś wyjście z tym miłym taksówkarzem, Diego? To jest myśl! Oczywiście wyciągnęłam z kieszeni telefon i karteczk z jego numerem. Jednak nim to dostałam sms-a z do tej pory nieznanego mi numeru.
"Szkoda, że tak szybko wyszłaś. Na szczęście wypadła Ci wizytówka. Nie wiem kim jesteś. Wiem tylko jak masz na nazwisko. Castillo- brzmi ciekawie. Ty moje imię znasz. Liczę na rewanż. Leon Verdas. Prezes Verdas Explanation."
No pięknie teraz ten typ ma mój nr!
(...)
Wybiła 19 na zegarze. Diego zgodził się ze mną wyjść. Jak tylko usłyszał, że i tak nie mam nic specjalnego do robienia do sam na to nalegał. Czekam już tylko na niego, a potem ruszamy na podbój. Do tej pory było spokojnie. Może z pięć minut po siódmej dostałam sms-a.
" Ubierz się ciepło, jest zimno.
Leon Verdas. Prezes firmy Verdas Explantion." Matko boska, zaczynam się o siebie bać. Czy on widzi każdy mój ruch? Zlekceważyłam go. Pewnie spotka mnie za to kara w postaci następnego sms-a. Nie boję się go. Co mi zrobi? Znowu przywali drzwiami? Aż poczerwieniałam ze złości. Cała naburmuszona podeszłam do drzwi w tym samym momencie kiedy rozległo się pukanie do nich. W końcu mój towarzysz dotarł na miejsce, a z czym? Ze słodką różyczką o delikatnie żółtej barwie. Jak miło!
- Nie chciałem przyjść do Ciebie z pustymi rękoma. - Wręczył mi kwiat.
- Jest piękna, dziękuję. - Wyszeptałam wsuwając nos w płatki róży. Jest naprawdę cudowna. Raz dwa wstawiłam ją do wazonu, a po tym wróciłam do Domingueza.
- Więc dokąd idziemy dzisiejszego wieczoru? - Spytałam opuszczając dom ciotki.
- Do najlepszego klubu w mieście, rzecz jasna. - Ale mi to wiele mówi... O dziwo ten klub tak się nazywa, dowiedziałam sio tym dopiero na miejscu. Był zatłoczony, ale swobodnie można było się przemieszczać. Usiadłam wraz z towarzyszem przy barku.
- Może opowiesz mi coś o sobie? - Zaproponował Hiszpan.
- Jestem Violetta. Pochodzę z Argentyny, co już wiesz. Moja mama była światowej klasy piosenkarką, ale zmarła w wypadku samochodowym. Ojciec przez dziesięć lat trzymał mnie z daleka od mojej ciotki i babci, u których teraz mieszkam. Sam jest teraz z Jadę i jej córeczką Larą, która nie zna innych słów jak dziwka czy szmata. Mówię Ci, mają obie tyle tapety, że spokojnie starczyło by na dwa pokoje i jeszcze by zostało trochę na trzeci. - Chyba go tym rozbawiłam, przetarł dłonią oczy, a przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu.
- Przepraszam. Po prostu rozbawiło mnie to ostatnie zdanie. Dobrze, że Ty taka nie jesteś. Bo wiesz, ja nie lubię plastikowych, przerysowanych lalek. Wole naturalne kobiety o zdecydowanym charakterze. - Co go tak cieszy? Przecież, jeszcze nic nie wypił. A może?
- Coś dla was? - Wtrącił się barman.
- Dwa razy po specjale dnia. - Diego skinął głową patrząc na mnie.
- Nie martw się. Jeszcze nikt nie umarł od odrobiny alkoholu.
- Nie martwi mnie to. - Wyszeptałam zaciskając zęby.
- To co jest?
- Nic.
- Na pewno?
- Ansolutnie. - Na tym się skończyło, wypiliśmy po drinku i ruszyliśmy na parkiet. Tam co jakiś czas wymienialiśmy się zdaniami, ale też polały się kolejne ilości alkoholu. Nawet nie wiem kiedy strzeliło mi do głowy by zadzwonić do Verdasa.
- Halo? - Odebrał zdyszany. O mamo chyba ćwiczył.
- Cześć.
- Kto tam?
- Twoja księżniczka. - Opowiadam chichocząc.
- Nie rozumiem. - Odpowiedział zdezorientowany.
- Castillo. - Wycedziłam znów chichocząc.
- Cas... Gdzie Ty jesteś? - Podniósł ton głosu.
- Gdzieś.
- To wiem. - Uhu, już lubię ten jego poirytowany głosik. Powoduje, że mam dreszcze.
- W klubie. - Odpowiadam udając poważną.
- Czy ty jesteś pijana?
- Ależ absolutnie! Nie tknęłam ani grama alkoholu! - Psuedo oburzona warknęłam do słuchawki. Prawda była inna. Wypiłam tyle, że czuję jakbym miała zwymiotować.
- W jakim klubie jesteś?
- W jakimś.
- Przestań do cholery.
- Ale co?
- Castillo kur... - Już ja wiem co chciał powiedzieć. Niegrzeczny, lubię takich. - Myśli sobie moja podświadomość i opiera sie o ścianę z lubieżnym uśmieszkiem.
- Chodź tańczyć. - Wyszeptał mi na ucho kompletnie wstawiony Hiszpan. Tak po prostu rozłączyłam się z Verdasem i poszłam z powrotem na parkiet. Po tańcu oboje wyszliśmy na zewnątrz by się przewietrzyć. Diego zbliżał się do mojej osoby coraz to bliżej. Nasze twarze ostatecznie dzieliły milimetry, miało dojść do niechcianego przeze mnie pocałunku, ale wtedy pojawił się on. Niczym rycerz na koniu. Przywalił Hiszpanowi z pięści w nos. Skąd on wie gdzie jestem?
- Nie widzisz, że panienka ma mi jakby chciała zwymiotować? Pewnie przez Ciebie. - Zarumieniona stałam jak posąg.
- Przestań. - Mruknęłam cicho.
- Co Ty wyprawiasz?
- Ja? Nic.
- Tak? Po co do mnie zadzwoniłaś?
- Nie wiem. - Odpowiadam powstrzymując odruch wymiotny. To było o kilka kieliszków za dużo! Rozpaczliwie pobiegłam w krzaki, a Verdas tylko odgarniał moje włosy z linii ognia.
- Już? - Głos mu złagodniał. Pokiwałam głową na tak, a ten podał mi aksamitną chusteczkę. Aż szkoda ją marnować na pawia.
- Jesteś niemądra. Raz, że wychodzisz z domu ubrana nieadekwatnie do pogody, dwa pijesz alkohol mając siedemnaście lat, to trzy dajesz się na to wszystko namawiać obcemu facetowi!
- Znalazł się rycerz. - Warknęłam oddając mu chusteczkę.
- Gdybyś była moja, nie mogłabyś usiąść na tyłku przez dobry tydzień. - Co proszę? "Gdybyś była moja" o mamusiu..
- Ale nie jestem.
- Fakt.
- I nic mi nie możesz zabronić.
- Tak? W takim razie zostawiam Cię na pastwę tego kogoś.
- A idź w cholerę! - Krzyknęłam w jego stronę i chwiejnym krokiem ruszyłam chodnikiem, gdzie o mały włos nie potrącili mnie rowerzyści!
- Kur... Castillo! - Nim się obejrzałam wylądowałam w jego ramionach. Pięknie pachniał, naprawdę.
- Violetta.
- Co? Violetta co?
- Tak mam na imię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz