poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział II

W dalszym ciągu tkwię jak idiotka na hali odlotów i przylotów. Usiłuję załapać się choć na odrobinę miejsca siedzącego. Fakt, jestem tu dopiero godzinę, ale już zdążyły rozboleć mnie nogi. Koszmar trwa nadal, ale jest już zupełnie z innego powodu. Tym razem wierzę, że mam szansę wszystko zmienić i postawić na swoim, a ojciec? Prędzej czy później zrozumie co zrobił i przestanie zgrywać niewiniątko!
(…)
Wreszcie znalazłam kawiarenkę, a w niej miejsce do siedzenia. Z tego całego chodzenia na poszukiwania zachciało mi się pić. Ja i moja walizka zasłużyłyśmy na odpoczynek. Czym prędzej usiadłam na wygodnej sofie i od razu wbiłam wzrok w kartę menu. Tyle zachęcających nazw, że nie wiem co wybrać. Najchętniej wypiłabym kawę w towarzystwie tego szatyna, na którego niezdarnie wpadłam. Sierotka Marysia - szepcze złośliwie moja podświadomość. Jest jeszcze bardziej złośliwa od Lary. Czasem wydaje mi się, że to ona w zmniejszonej wersji siedzi mi na ramieniu i szepcze do ucha, a ja się stresuję, z czego czerpie przyjemność… Za dużo o niej myślisz Violetta!- no w końcu coś słusznego, tym razem to ja klaskam w dłonie dla mojej podświadomości. Ma rację. A najlepsze na odstresowanie się i odcięcie od świata o nazwie Lara jest kawa, którą przed chwilką podstawiono mi pod nos.
- Dziękuję. – Wyszeptałam cicho posyłając przy tym szczery uśmiech. Kawa kusiła swoim zapachem, ale i przyciągała wzrok, a to wszystko za sprawą pięknego malunku liścia ze spienionego mleka. Gdy tylko wzięłam jej drobny łyk wydawało mi się jakbym na chwilę odleciała i straciła poczucie czasu. Tak też było. Na zegarze dwunasta! Czas zabierać swój tyłek i szukać wreszcie tej taksówki. Angie pewnie odchodzi od zmysłów i zastanawia się gdzie jestem. Z bólem szybko wypiłam swoją kawusię i zostawiłam obok niej pieniądze, pewnie jeszcze z napiwkiem. Szkoda, że nie miałam już czasu by się nią dalej delektować, ale cóż. Życie nie pieści.
(…)
Kolejne piętnaście minut mignęło mi przed oczami, ale w końcu wsiadłam do tej przeklętej taksówki. Za kierownicą siedział młody mężczyzna, który od czasu do czasu posyłał mi tajemnicze uśmieszki, które za każdym razem odwzajemniałam, a po kilku razach przemieniły się w śmiech z jego strony.
- Coś panienka dzisiaj nie w humorze, hę? – Zagaił stając na czerwonym świetle.
- Można tak to ująć. Jestem już po długiej podróży i jakoś nie jest mi za bardzo  do śmiechu. – Powiedziałam, po czym ziewnęłam przeciągle, oczywiście zasłaniając przy tym usta, by nie wyjść na źle wychowaną.
- Widać, że nie jesteś stąd. U nas, co prawda są ładne dziewczyny, ale nie aż tak. – Puścił mi oczko, a ja poczułam jak fala gorąca zalewa moje policzki.
- Zawstydza mnie Pan. – Nie znałam jego imienia, a na bank jest starszy ode mnie. Uśmiech mu zbladł. Czyżbym przesadziła nazywając go panem?
- Wyglądam aż tak staro? – Przetarł twarz dłońmi, cholerne korki. Jedźmy już, chcę wybrnąć z tej kiepskiej, niezręcznej sytuacji.
- Nie, nie. Przepraszam. Chciałam być miła… - Calusieńka czerwona wbiłam wzrok w tapicerkę.
- Jestem Diego.
- Violetta. – Odpowiedziałam szepcząc.
- Teraz już nie musisz mówić mi na Pan i nie będziesz mnie postarzała. – Cicho się zaśmiał i wreszcie udało nam się wybrnąć z korku. Zapłacę chyba majątek! Przez resztę drogi nie odzywałam się już ani słowem, nie widziałam takiej potrzeby. Diego tak jakby chciał zacząć temat, ale jednak rezygnował za każdym razem, przez co wydało mi się, że zwyczajnie jestem nudna i wprowadziło mnie to w stan zakłopotania.
(…)
Jestem już na miejscu.
- Ile płacę? – Spytałam wyciągając portfel z torebki.
- Schowaj pieniądze. Na mój koszt. To przyjemność wieźć taką ślicznotkę. – Znów puścił mi oczko, a ja po raz kolejny się rumienię. Moja podświadomość po cichu nazywa mnie buraczkiem, przez co jeszcze bardziej się zawstydzam i cieszę się, że tylko ja słyszę te brednie wypowiadane przez nią.
- Ale ja naprawdę chciałabym Ci zapłacić. Nie chcę byś miał przeze mnie kłopot, czy był smutny przez utratę znacznej sumy. – Wskazałam ręką na taksometr, a ten się tylko zaśmiał.
- Smutno to mi będzie jak nie dasz mi swojego numeru. – Z szarmanckim uśmiechem podsunął mi pod rękę notes i długopis. Chociaż tyle mogłam dla niego zrobić. W końcu jechałam na jego koszt.
- Proszę bardzo. Dzwoń kiedy chcesz, tylko błagam nie w nocy, bo mogę być bardzo niemiła, jak mnie ktoś obudzi. – Zażartowałam, po czym pospiesznie przekroczyłam przez furtkę posiadłości ciotki. Już na samym progu gorąco mnie powitała.
- Tak się o Ciebie martwiłam! Zginęłaś na tym lotnisku czy jak? – Zapytała żartobliwie przytulając mnie tak jakby chciała abym umarła w jej ramionach z braku tlenu.
- Nie, nie zginęłam. Wstąpiłam po drodze na kawę, chciałam jakoś uczcić fakt, że nie muszę się już użerać z tą wstrętną dziewuchą i jej matką. Rozumiesz? Oświadczył się jej! Niech jeszcze teraz wyskoczy z tekstem, że spodziewają się dziecka, to dopiero będzie finał! – Przewróciłam oczami kręcąc przy tym przecząco głową.
- A przecież mi obiecywał, że przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji skontaktuje się ze mną, bo to ja wiem co dla Ciebie najlepsze i przede wszystkim obiecywał, że nigdy nie zostawi Cię na pastwę losu, a teraz? – Angeles wyglądała na mocno zdenerwowaną. Na całe szczęście wszystko przerwała babcia, która wyskoczyła zza progu.
- Violetta! Tak dawno Cię nie widziałam, no chodź tu malutka! – Starsza kobieta rozłożyła przede mną swe ramiona, a ja wbrew sobie mocno, niczym dzieciak w ukochaną przytulankę wtuliłam się w nią.
- Tęskniłam. – Wyszeptałam cicho.
- Schudłaś. Ba jesteś za chuda! Czas Cię porządnie nakarmić. Raz dwa przybierzesz kolorków na twarzy i trochę wagi. Od razu polepszy Ci się humor. Pamiętaj, że teraz już nic Ci nie grozi. – Znów mocny przytulas, tym razem z udziałem Angie.
(…)
- Wychodzisz gdzieś? – Spytałam ciotkę podrywając się natychmiastowo z kanapy.
- Mam do załatwienia pewną sprawę w zaprzyjaźnionej firmie. – Odpowiedziała ubierając buty. Postanowiłam, że dotrzymam jej towarzystwa i tak nie mam nic lepszego do roboty, a przynajmniej pozwiedzam trochę miasta.
(…)
Pół godziny zajęła nam droga pod okazały wieżowiec składający się z ponad dwudziestu pięter. W środku wszystko wyglądało zniewalająco. Wraz z ciotką wjechałyśmy na sam szczyt. Kobieta udała się do biura, na którym widniało nazwisko ‘’Pasquarelli’’. Natomiast ja, jako iż nie chciałam jej zbytnio przeszkadzać zostałam w holu i podziwiałam obrazy. Zamyślona chodziłam w kółko, dość blisko drzwi innego gabinetu, za co nieźle mi się oberwało w postaci mocnego przywalenia mi nimi.
- Auć. – Pisnęłam z bólu, automatycznie przewracając się do tyłu.
- Mogłaś nie iść tak blisko drzwi. – Chwila! Znam tę barwę głosu! To ten facet z lotniska. Ja to mam szczęście!
- Pan także mógłby uważać. – Złapałam się za głowę, licząc na to, że ból sam minie.
- Ugh… Nie siedźmy tak. Chodź. – Wyciągnął w moją stronę dłoń. Kiedy ją chwyciłam poczułam jakby stado motyli w brzuchu oraz delikatne kopnięcie prądu, co wydało mi się dziwne. Weszliśmy do jego gabinetu, skrywanego za solidnymi, wykonanymi z ciemnego, dębowego drewna gabinetu. Dopiero w środku ujrzałam jak się nazywa. León Verdas- aby na pewno jest taki jak sugeruje jego imię? Waleczny jak lew? Jest… Przecież chwilę temu próbował mi wmówić, że incydent z drzwiami to tylko i wyłącznie moja wina!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz