sobota, 13 września 2014

Rozdział I

Było już dość późno, wracałam z pożegnalnej imprezy Tomasa, wyjeżdżał za 3 godziny, niestety nie mogłam lecieć z nim. Nie mam jeszcze osiemnastu lat. Tak bardzo żałowałam, że jego tata jednak nie dostał pracy w mieście. Wraz z mamą i swoją kuzynką musiał wyjechać na drugi koniec świata, a bynajmniej mi się tak wydawało. W domu, jak to w domu. Ciągłe awantury, ale tylko pomiędzy mną, a ojcem. Tym razem również tak było. Weszłam i od razu się zaczęło. Pewnie znowu mu coś Lara nagadała…
- Dość tego Violetta, masz szlaban! – Wykrzyczał ojciec. Czy on naprawdę nie widzi jak bardzo krzywdzą mnie jego decyzje? Jeszcze do niedawna w każdy pierwszy piątek miesiąca mieliśmy dzień ojca i córki, a teraz w jego życiu najważniejsze są te dwie Jade i jej ukochana córeczka Lara. Obie nakładają na siebie tyle tapety, że spokojnie starczyłoby na remont tego całego domu! Nie rozumiem, dlaczego mój ojciec musi być wobec mnie aż tak nie czuły! W dodatku mnie wydziedziczył i wszystko co powinno być moje spadnie na Larę...
- Ty naprawdę nic nie rozumiesz! Te dwie nie są takie kochane jak Ci się wydaje. Swoją drogą mogłyby mi pożyczyć trochę tapety do pokoju, spokojnie, jeszcze by zostało! - Warknęłam złośliwie w stronę Lary, która stała obok mnie.
- Zamknij ryj dziwko. – Odpowiedziała mi z złośliwym uśmieszkiem.  Piękna odpowiedź. A mój ojciec co? Stoi i nic nie mówi, co za idiota! A na moje nieszczęście jeszcze 2 tygodnie do osiemnastki, przecież to będzie istne piekło!
(...)
Rozwścieczona wyszłam z domu, poszłam do swojej najlepszej przyjaciółki, dziewczyna dobrze znała moją sytuację domową i wręcz nalegała bym została chociażby na tę jedną noc u niej.
- Musisz zostać, przecież ta mała nie da Ci spokoju.
- Fran, ja już nie daję rady, ciągle tylko jestem odpychana na drugi tor. Jedyną osobą, której na mnie zależy jest Olga, ona zawsze wiedziała co i jak... - Posmutniałam i zrezygnowana jeszcze bardziej opadłam na sofę, na którą zdążyłyśmy przysiąść przed chwilą.
- Zaraz, zaraz! - U Włoszki w oku pojawił się błysk.
- Oho, znam to. Mów, co Ci przyszło do głowy. -Spojrzałam na nią z politowaniem. Nie widziałam, żadnego sensownego wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji, ale może ona...
- Przecież opiekę prawną ma nad Tobą Angie!
- Fran, doskonały pomysł! Dzwonię do niej, a zaraz po tym lecę się pakować! – Rozochocona pożegnałam się z przyjaciółką i pobiegłam do swojego domu. A jednak, moja dobra wróżka jeszcze nade mną czuwa. Jestem jej za to naprawdę wdzięczna! Ciotka nie miała nic przeciwko, ba nawet sama nalegała gdy tylko wspomniałam jej pierwsze słowo na temat taty. Zaraz po telefonie od niej pospiesznie poszłam do siebie. Na progu zaczepiła mnie Jade.
- A gdzie to chodzimy? Powinnaś teraz siedzieć w kuchni i zmywać naczynia!
- Przecież mamy zmywarkę. – Odpowiedziałam i przewróciłam oczami patrząc na nią spod byka.
- Ale właśnie się zepsuła... – Dalej kontynuowała upokarzanie mnie, mimo doskonale wiedziałam, że zmywarka działa, a ona po prostu szuka zaczepki by wyprowadzić mnie z równowagi, ale teraz wiem, że mam oparcie w ciotce i nic mnie nie powstrzyma.
- Och, co za pech. Chyba będziesz musiała poradzić sobie sama. A wiesz czemu? Bo nie jesteś moją matką! – Wykrzyczałam jej prosto w twarz.  Najchętniej trzepnęłabym jej pustym łbem o ścianę, ale i tak rozpadłby się na drobne kawałeczki niczym szklanka.
- Już niedługo nią będę i co? – Znów perfidny uśmiech zagościł na jej twarzy. Wcale się nie zdenerwowałam, zrobiłam tylko dobrną minę do złej gry.
- Nigdy nią nie będziesz. Dla mnie matką jest Angeles.

- Co? Ta Twoja cioteczka od siedmiu boleści? A proszę bardzo, wyprowadzaj się do niej, nie potrzebujemy tutaj takiej smarkatej dziwki jak Ty! – Czy ona naprawdę nie zna już innych słów, ani gestów? Żałosne. Rozpłakałabym się, ale nie przed nią. Nie chcę dawać jej satysfakcji. Szybciutko pobiegłam na górę, spakowałam wszystkie swoje rzeczy i prosto z domu ruszyłam na lotnisko. Po godzinie drogi z Ramallem dotarłam na wyznaczone miejsce. Było mi naprawdę ciężko pożegnać Buenos Aires, miejsce, w którym się urodziłam, poznałam swoją pierwszą miłość… Właśnie! Ciekawe jak ma się Tomas! On jako jedyny rozumiał mnie bez słów, zawsze potrafił przywołać uśmiech na moją twarz, ale teraz? Jest gdzieś daleko i nie wiem gdzie…
(…)
- Dziękujemy za wybranie naszych linii, liczymy na to, że są państwo zadowoleni z lotu. Prosimy niespiesznie kierować się do wyjścia z samolotu. Miłego dnia. – Obudził mnie melodyjny głos jednej z powietrznych hostess. To oznaczało tylko jedno. Jestem już w Madrycie, koniec z Buenos Aires, koniec z wiecznym uprzykrzaniem mi życia przez Jade i jej córko-wiedźmę Larę. Pełna energii wykonałam polecenie hostessy i dosłownie chwilę potem znalazłam się na hali, gdzie jedyne co mi pozostało, to odbiór walizki i złapanie jakiejś taksówki.  Dookoła mnie było tyle ludzi, ciężko było mi się odnaleźć. Całe szczęście, że język mamy ten sam. Nie wiem jakbym sobie tutaj poradziła, gdyby nie znajomość hiszpańskiego. Chociaż i tak udało mi się nieźle zabłądzić! Wpadałam non stop na kogoś. Ostatnią moją ofiarą był wysoki szatyn o niebiesko-szarych oczach.
- Przepraszam. – Wydukałam czerwieniąc się niczym pomidor.
- Nic się nie stało. – Odpowiedział jak gdyby nigdy nic i ruszył w swoją stronę. A co jeśli jednak coś się stało? Może się obraził i dlatego sobie poszedł? Moja podświadomość bije mi brawo i spogląda na mnie sarkastycznie. Mam pecha co do ludzi, jak ich nie tracę to niezdarnie na kogoś wpadam. Chyba jestem jakimś wybrykiem natury!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz