Jesteś moją zagadką, którą chcę rozgryźć… Powinnam się bać,
czy raczej cieszyć? Moja podświadomość robi potrójne salto w powietrzu i kłania
się tak jakby właśnie otrzymała jakąś super ważną nagrodę.
- Lubisz być tajemnicza, hm? – Spytał, a ja po prostu wzruszyłam ramionami.
- Samo wychodzi.
- Jak widać. – Westchnął ciężko. Och nie, czyżby moja wypowiedź nie była zbyt wyczerpująca dla pana ‘’Nikt nie może Cię dotykać poza mną, bo po pysku.’’, żałosne.
- Dziękuję za nocleg, ubrania i kosmetyki, ale już naprawdę przyszedł czas by się pożegnać. – Wstałam powoli z siedzenia, po czym z gracją ruszyłam z naczyniami w stronę zlewu.
- Zostaw. Moja gosposia się tym zajmie. – Ach… Więc pan genialny wykorzystuje biedną kobietę do odwalania za niego czarnej roboty? Co za idiota, ale to właśnie on Ci się podoba, Castillo.
- Ugh, siedź cicho! – Przez przypadek, to co chciałam powiedzieć swojej wyobraźni wydostało się poza mnie.
- Coś nie tak? – Spojrzał na mnie z miną tępaka. Zresztą, praktycznie zawsze taką ma, ha!
- Nie, nie. Wróćmy do tematu. Masz gosposię? Czemu nie ma jej tu teraz?
- Jak myślisz? Skąd wziąłby się ten cały szwedzki stół?
- Nieważnie. Mogę wiedzieć gdzie jest moja kurtka?
- A co? Zimno Ci? – Zaśmiał się cicho.
- Powinnam już iść. – Odpowiadam starając się zlekceważyć jego rozbawienie mą osobą.
- Chcesz ode mnie uciec? Jednak nie kłamałaś. – Młody mężczyzna zrobił minę oraz oczy zbitego psa i odwrócił się do mnie plecami.
- León... – Warknęłam.
- Uhu, jaka drapieżna. Skoro Ci się tak spieszy to sam Cię odwiozę, a co.
- Mam nogi. – Przewróciłam teatralnie oczami, a temu momentalnie mina zwiędła.
- Zeszłej nocy mówiłaś zupełnie to samo, a jak się skończyło? Wpadłabyś pod koła rowerzyście. Powinnaś się teraz do mnie mizdrzyć w podziękowaniu, a nie na mnie furczeć! – Ja i mizdrzenie się do niego? Chyba w jego snach! Fuj. Mówisz fuj, a tak naprawdę myślisz: O mamo, jakie ciacho! – Cholerna podświadomość.
- No widzisz.
- To jest za daleko byś mogła sobie pójść od tak. Jesteśmy w samym centrum Madrytu. – Szczęka mi opadła. Już widzę reakcję babci, jak się dowie, gdzie to jej wnusia szlaja się po nocach. Już nawet nie wspominając z kim. ‘’Wnusiu, a gdzie byłaś całą noc?’’ A wiesz babciu, byłam w samym centrum Madrytu razem z ‘’kolegą’’. Taki jeden starszy ode mnie o pięć lat, na pewno nie znasz. A Angie? O matko, u niej to dopiero będę musiała się spowiadać, chociaż ona wcale nie jest taka święta! Jej także nie było na całą noc, o ile plany się jej nie zmieniły.
- León, naprawdę musimy już iść skoro upierasz się by mnie odwieźć.
- Robi się, panno niecierpliwa. – Puścił mi oczko. Zrobił to po raz pierwszy, a to sprawiło, że wszystkie moje mury, które zbudowałam w obronie przed nim momentalnie runęły. O cholercia, zrób tak jeszcze raz!
- Czekam. – Powiedziałam niechętnie, a Verdas zniknął w sypialni. Dopiero teraz do mnie dotarło, że spałam z nim w jednym łóżku, ale nawet nie pamiętam jego dotyku, ani zapachu. Przepuściłam tak dobrą okazję by móc go przytulić, spać na jego klatce piersiowej… Z rozmyślań wyrwał mnie ów prezesik. Szybko się wyszykował. Myślałam, że będę godzinami zalegać na kozetce w przedpokoju. Ubrany był w ciemne jeansowe spodnie i jasny, wycięty w serek T-shirt, który idealnie podkreślał jego tors oraz ramiona. Chwilę zawiesiłam na nim oko. Wyglądał niesamowicie. Chyba nawet lepiej ode mnie…
- No to idziemy. – Powiedziałam pół szeptem jakby do siebie, po czym z gracją modelki opuściłam jego apartament.
- Ej! Poczekaj chwilę. – Ups, chyba zostawiłam go w tyle. Tak to jest jak się ma tyle kieszeni i nie umie się szybko znaleźć klucza od domu.
- Przecież stoję. – Powiedziałam dopiero wtedy kiedy dotarłam do windy i czekałam aż ona łaskawie się zjawi na naszym piętrze. Już chwilę później Verdas był przy mnie, a ja z kamienną miną nadal oczekiwałam.
- Uśmiechnij się. – Powiedział, a zaraz wskazał ręką na otwierającą się windę abym wsiadła pierwsza.
- Dziękuję.
- A uśmiech gdzie? – Spytał obserwując mnie bacznie.
- Nie mam powodów do uśmiechu. – Odparłam beznamiętnie, wzruszając ramionami jak robot.
- Życie jest piękne. – Tak Verdas! Dla Ciebie jest. To nie Ciebie własny ojciec nie kocha. Nie Ciebie odrzuciła własna rodzina. Ani nie na Twoje miejsce nie pojawiły się dwie dziunie z kilogramami tapety na ryjcu.
- Może Twoje.
- A Twoje nie?
- Wierz mi, że nie. – Przewróciłam oczami po raz setny.
- Jak chcesz możesz mi się wygadać. – Powiedział swoim głębokim głosem. Pewnie myślał, że pod jego wpływem się roztopię i zacznę mu wygłaszać całą historię życia, ale nie. Nie tym razem mój drogi. Jestem w nowym mieście, w nowej rodzinie. Czas na nowy początek, zapomnijmy o przeszłości.
- Nie będzie takiej po… - Nim zdążyłam dokończyć w windzie rozległ się dźwięk mojego telefonu. Nie spojrzałam na wyświetlacz, myślałam, że to Angie albo babcia, więc odebrałam, ale zupełnie się tego nie spodziewałam.
- Violetta, córeczko. – Momentalnie pobladłam. Po drugiej stronie stał mój ojciec. Nie brzmiał najlepiej.
- Tato.
- Wróć proszę. – Wydukał jak z automatu.
- Sam dobrze wiesz dlaczego odeszłam. – Czuję jakbym miała się rozpłakać, ale nie. Obiecałam sobie być twardą. Nauczyłam się powiedzieć żegnaj.
- Tęsknimy za Tobą.
- Chyba chciałeś powiedzieć ‘’tęsknię’’. Już widzę jak tym dwóm paskudom mnie brakuje. – Na samą myśl o Jade i Larze znów zachciało mi się wymiotować.
- Miałem na myśli Olgę, mnie i Ramallo.
- Przecież wiem. Ucałuj ich ode mnie. Nie mam teraz czasu ani ochoty.
- Obiecaj mi coś. – Zaczął ojciec.
- Niby co?
- Że wrócisz. – I co ja mam mu odpowiedzieć? Oczywiście tatusiu. Wrócę do Ciebie do domu, będziemy żyli w czwóreczkę razem długo i szczęśliwie? Niedoczekanie moje… Po prostu rzuciłam słuchawkę.
- Wszystko okej? Jesteś strasznie blada. – A ten gdzie wtyka ten swój ciekawski nochal?
- Wszystko dobrze. – Warknęłam.
- Dobra, dobra. Nie gryź. – Uniósł obie dłonie w geście obronnym. Zmierzyłam go ponownie lodowatym spojrzeniem. Pewnie minę miałam w stylu ‘’bez kija nie podchodź!’’. Kiedy wyszliśmy w końcu z budynku stanęłam przed Verdasem.
- Gdzie Twoje auto?
- Patrzysz na nie. – Wskazał dłonią na wypolerowane na błysk Audi R8 i oczekiwał mojej reakcji.
- Okej. – Odpowiedziałam na odczepne, po czym wsiadłam na miejsce pasażera.
- Po drodze zrobimy mały przystanek. Chcę Ci pokazać jedno moje małe miejsce.
- Niech zgadnę. Zabierasz tam wszystkie laski, które ratujesz z rąk oprychów i dobrodusznie zabierasz je do siebie na noc, kupujesz im nowe ubrania i kosmetyki, potem karmisz, a następnie odwozisz do domu?
- Nie. Zawożę tam tylko takie małe wredne zołzy o ślicznych, głębokich oczach. Będziesz pierwsza. – Uśmiechnął się zadziornie, po czym ruszył z piskiem opon z parkingu.
- Ach tak… Trzeba się popisać. – Ziewnęłam udając znudzoną.
- Wredota mała. – Prychnął jadąc dalej. Po upływie trzydziestu minut dotarliśmy nad małe jezioro otoczone pojedynczymi drzewami, którego liście przypominały płatki róż.
- Podoba Ci się? – Spytał zaciągając do płuc świeże powietrze.
- Tak, jest pięknie.
- Lubisz być tajemnicza, hm? – Spytał, a ja po prostu wzruszyłam ramionami.
- Samo wychodzi.
- Jak widać. – Westchnął ciężko. Och nie, czyżby moja wypowiedź nie była zbyt wyczerpująca dla pana ‘’Nikt nie może Cię dotykać poza mną, bo po pysku.’’, żałosne.
- Dziękuję za nocleg, ubrania i kosmetyki, ale już naprawdę przyszedł czas by się pożegnać. – Wstałam powoli z siedzenia, po czym z gracją ruszyłam z naczyniami w stronę zlewu.
- Zostaw. Moja gosposia się tym zajmie. – Ach… Więc pan genialny wykorzystuje biedną kobietę do odwalania za niego czarnej roboty? Co za idiota, ale to właśnie on Ci się podoba, Castillo.
- Ugh, siedź cicho! – Przez przypadek, to co chciałam powiedzieć swojej wyobraźni wydostało się poza mnie.
- Coś nie tak? – Spojrzał na mnie z miną tępaka. Zresztą, praktycznie zawsze taką ma, ha!
- Nie, nie. Wróćmy do tematu. Masz gosposię? Czemu nie ma jej tu teraz?
- Jak myślisz? Skąd wziąłby się ten cały szwedzki stół?
- Nieważnie. Mogę wiedzieć gdzie jest moja kurtka?
- A co? Zimno Ci? – Zaśmiał się cicho.
- Powinnam już iść. – Odpowiadam starając się zlekceważyć jego rozbawienie mą osobą.
- Chcesz ode mnie uciec? Jednak nie kłamałaś. – Młody mężczyzna zrobił minę oraz oczy zbitego psa i odwrócił się do mnie plecami.
- León... – Warknęłam.
- Uhu, jaka drapieżna. Skoro Ci się tak spieszy to sam Cię odwiozę, a co.
- Mam nogi. – Przewróciłam teatralnie oczami, a temu momentalnie mina zwiędła.
- Zeszłej nocy mówiłaś zupełnie to samo, a jak się skończyło? Wpadłabyś pod koła rowerzyście. Powinnaś się teraz do mnie mizdrzyć w podziękowaniu, a nie na mnie furczeć! – Ja i mizdrzenie się do niego? Chyba w jego snach! Fuj. Mówisz fuj, a tak naprawdę myślisz: O mamo, jakie ciacho! – Cholerna podświadomość.
- No widzisz.
- To jest za daleko byś mogła sobie pójść od tak. Jesteśmy w samym centrum Madrytu. – Szczęka mi opadła. Już widzę reakcję babci, jak się dowie, gdzie to jej wnusia szlaja się po nocach. Już nawet nie wspominając z kim. ‘’Wnusiu, a gdzie byłaś całą noc?’’ A wiesz babciu, byłam w samym centrum Madrytu razem z ‘’kolegą’’. Taki jeden starszy ode mnie o pięć lat, na pewno nie znasz. A Angie? O matko, u niej to dopiero będę musiała się spowiadać, chociaż ona wcale nie jest taka święta! Jej także nie było na całą noc, o ile plany się jej nie zmieniły.
- León, naprawdę musimy już iść skoro upierasz się by mnie odwieźć.
- Robi się, panno niecierpliwa. – Puścił mi oczko. Zrobił to po raz pierwszy, a to sprawiło, że wszystkie moje mury, które zbudowałam w obronie przed nim momentalnie runęły. O cholercia, zrób tak jeszcze raz!
- Czekam. – Powiedziałam niechętnie, a Verdas zniknął w sypialni. Dopiero teraz do mnie dotarło, że spałam z nim w jednym łóżku, ale nawet nie pamiętam jego dotyku, ani zapachu. Przepuściłam tak dobrą okazję by móc go przytulić, spać na jego klatce piersiowej… Z rozmyślań wyrwał mnie ów prezesik. Szybko się wyszykował. Myślałam, że będę godzinami zalegać na kozetce w przedpokoju. Ubrany był w ciemne jeansowe spodnie i jasny, wycięty w serek T-shirt, który idealnie podkreślał jego tors oraz ramiona. Chwilę zawiesiłam na nim oko. Wyglądał niesamowicie. Chyba nawet lepiej ode mnie…
- No to idziemy. – Powiedziałam pół szeptem jakby do siebie, po czym z gracją modelki opuściłam jego apartament.
- Ej! Poczekaj chwilę. – Ups, chyba zostawiłam go w tyle. Tak to jest jak się ma tyle kieszeni i nie umie się szybko znaleźć klucza od domu.
- Przecież stoję. – Powiedziałam dopiero wtedy kiedy dotarłam do windy i czekałam aż ona łaskawie się zjawi na naszym piętrze. Już chwilę później Verdas był przy mnie, a ja z kamienną miną nadal oczekiwałam.
- Uśmiechnij się. – Powiedział, a zaraz wskazał ręką na otwierającą się windę abym wsiadła pierwsza.
- Dziękuję.
- A uśmiech gdzie? – Spytał obserwując mnie bacznie.
- Nie mam powodów do uśmiechu. – Odparłam beznamiętnie, wzruszając ramionami jak robot.
- Życie jest piękne. – Tak Verdas! Dla Ciebie jest. To nie Ciebie własny ojciec nie kocha. Nie Ciebie odrzuciła własna rodzina. Ani nie na Twoje miejsce nie pojawiły się dwie dziunie z kilogramami tapety na ryjcu.
- Może Twoje.
- A Twoje nie?
- Wierz mi, że nie. – Przewróciłam oczami po raz setny.
- Jak chcesz możesz mi się wygadać. – Powiedział swoim głębokim głosem. Pewnie myślał, że pod jego wpływem się roztopię i zacznę mu wygłaszać całą historię życia, ale nie. Nie tym razem mój drogi. Jestem w nowym mieście, w nowej rodzinie. Czas na nowy początek, zapomnijmy o przeszłości.
- Nie będzie takiej po… - Nim zdążyłam dokończyć w windzie rozległ się dźwięk mojego telefonu. Nie spojrzałam na wyświetlacz, myślałam, że to Angie albo babcia, więc odebrałam, ale zupełnie się tego nie spodziewałam.
- Violetta, córeczko. – Momentalnie pobladłam. Po drugiej stronie stał mój ojciec. Nie brzmiał najlepiej.
- Tato.
- Wróć proszę. – Wydukał jak z automatu.
- Sam dobrze wiesz dlaczego odeszłam. – Czuję jakbym miała się rozpłakać, ale nie. Obiecałam sobie być twardą. Nauczyłam się powiedzieć żegnaj.
- Tęsknimy za Tobą.
- Chyba chciałeś powiedzieć ‘’tęsknię’’. Już widzę jak tym dwóm paskudom mnie brakuje. – Na samą myśl o Jade i Larze znów zachciało mi się wymiotować.
- Miałem na myśli Olgę, mnie i Ramallo.
- Przecież wiem. Ucałuj ich ode mnie. Nie mam teraz czasu ani ochoty.
- Obiecaj mi coś. – Zaczął ojciec.
- Niby co?
- Że wrócisz. – I co ja mam mu odpowiedzieć? Oczywiście tatusiu. Wrócę do Ciebie do domu, będziemy żyli w czwóreczkę razem długo i szczęśliwie? Niedoczekanie moje… Po prostu rzuciłam słuchawkę.
- Wszystko okej? Jesteś strasznie blada. – A ten gdzie wtyka ten swój ciekawski nochal?
- Wszystko dobrze. – Warknęłam.
- Dobra, dobra. Nie gryź. – Uniósł obie dłonie w geście obronnym. Zmierzyłam go ponownie lodowatym spojrzeniem. Pewnie minę miałam w stylu ‘’bez kija nie podchodź!’’. Kiedy wyszliśmy w końcu z budynku stanęłam przed Verdasem.
- Gdzie Twoje auto?
- Patrzysz na nie. – Wskazał dłonią na wypolerowane na błysk Audi R8 i oczekiwał mojej reakcji.
- Okej. – Odpowiedziałam na odczepne, po czym wsiadłam na miejsce pasażera.
- Po drodze zrobimy mały przystanek. Chcę Ci pokazać jedno moje małe miejsce.
- Niech zgadnę. Zabierasz tam wszystkie laski, które ratujesz z rąk oprychów i dobrodusznie zabierasz je do siebie na noc, kupujesz im nowe ubrania i kosmetyki, potem karmisz, a następnie odwozisz do domu?
- Nie. Zawożę tam tylko takie małe wredne zołzy o ślicznych, głębokich oczach. Będziesz pierwsza. – Uśmiechnął się zadziornie, po czym ruszył z piskiem opon z parkingu.
- Ach tak… Trzeba się popisać. – Ziewnęłam udając znudzoną.
- Wredota mała. – Prychnął jadąc dalej. Po upływie trzydziestu minut dotarliśmy nad małe jezioro otoczone pojedynczymi drzewami, którego liście przypominały płatki róż.
- Podoba Ci się? – Spytał zaciągając do płuc świeże powietrze.
- Tak, jest pięknie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz